piątek, 21 lipca 2017

Rower w zbożu

Po przerwie w fotografowaniu, związanej z początkiem wakacji, postanowiłem wrócić z przytupem. Tak więc po południu wybrałem się na zwiad nad bajorko śródpolne gdzie sfotografowałem samotnika. Gdy dojechałem na bajorku siedział samiec bataliona, głównie przelotnej siewki w naszym kraju, w resztkach szaty godowej. Niestety nie mam satysfakcjonujących zdjęć tego ptaka. Żerował on w towarzystwie trzech młodych sieweczek rzecznych. Ta sytuacja sprawiła, że następnego ranka wstawałem skoro świt by zdążyć się zaczaić zanim przylecą ptaki.

Tak więc wsiadłem na mój rower i popędziłem co tchu. Dopiero dniało, a pole oświetlały pierwsze promienie słońca gdy dotarłem na miejsce. Rower przypiąłem do drzewa materiały maskujące wziąłem pod pachę i powoli zacząłem się zbliżać do oczka. Ku mojej uldze nie było na nim żadnych ptaków, więc mogłem spokojnie dojść na miejsce i nie bać się tego, że one przestraszą się mnie.

Jednak tak spokojnie i bez przygód nie miało być. Gdy szedłem po krawędzi pola zobaczyłem wydeptaną ścieżkę i stwierdziłem, że musiałem wczoraj ją zrobić podczas mojego zwiadu. Jednak postępując kilka kroków na przód, zobaczyłem w zbożu leżący rower. I w tym momencie rozejrzałem się uważniej i na skraju bajorka dostrzegłem zamaskowanego fotografa, któremu spod siatki maskującej wystawał tylko obiektyw.

Zdziwiony nie wiedziałem co robić, jednak o cofaniu się nie było mowy, więc tylko podszedłem powoli, uspokoiłem, że jestem tu w tym samym celu co pan fotograf i rozstawiłem się ze sprzętem.

Pierwsza zaczęła trzaskać migawka mojego towarzysza więc pełen napięcia czekałem co za chwilę pojawi się przed moim obiektywem. Okazało się, że to pojawiła się młoda pliszka siwa.

Pierwsze godziny nie były zbyt owocne i niestety po jakimś czasie Pan fotograf musiał zbierać się do pracy. Zamieniliśmy jeszcze kilka słów i odjechał na swoim wehikule. Jednak na jego nieszczęście ptaki pojawiły się dopiero za jakieś 45 minut, więc cały odbywający się spektakl przegapił.

Przyleciały jak eskadra odrzutowców trzy młodociane sieweczki rzeczne. Trzej muszkieterowie zaczęli okrążać powolnym krokiem zbiornik. Musiałem być cierpliwy, bo wybrały sobie dłuższą drogę. I już gdy miały podchodzić do obiektywu, zerwały się do lotu i zaczęliśmy od miejsca startu. Znowu okrążały zbiornik, a ja znowu czekałem. Jednak cierpliwość się opłaciła.


 Dorosłe sieweczki już nie pojawiają się na zbiorniku. Przyuważyłem je wcześniej, gdzieś pod koniec czerwca. Jednak ptaki te szybko przemieszczają się na zimowiska, więc pewnie po odchowaniu młodzieży wyruszyły na wojaże po Europie.

piątek, 23 czerwca 2017

Szczęściarz

Wyruszyłem z samego rana, co jest obowiązkiem by osiągnąć najlepsze efekty. Na miejsce dotarłem po 30 minutach. Wczesne słońce zaszło minimalnie za chmury, więc do dobrego oświetlenia miałem jeszcze chwilę. Zasiadłem zamaskowany na brzegu śródpolnego bajorka...

Na początku tylko co chwila zalatywały jaskółki by zbierać owady krążące nad wodą i czerpać samą wodę. Usłyszałem też pliszkę siwą, która jednak nie usiadła w pobliżu bajorka. Zaczęło się czekanie, ku mojemu zdziwieniu bardzo krótkie. Po jakichś dalszych 30 minutach na drugim brzegu pojawił się on, samotnik. Zbliżał się do mnie systematycznie łapiąc kolejne owady i w powietrzu, i w błocie. Co chwila dziób lądował w wodzie. W końcu był tak blisko, akurat w promieniach słońca, które wyszło zza chmur, że udało się zrobić satysfakcjonujące zdjęcia. Potem mnie minął i nie byłem w stanie dalej go fotografować. Gdy odleciał posiedziałem jeszcze jakiś czas, a potem i ja poleciałem (:


piątek, 16 czerwca 2017

Historia innej alei

Jadąc w kierunku alei opisanej w poprzednim poście miałem w głowie pewien cel. Odnaleźć dudka. Aleja ta wydawała się dla niego idealnym miejscem zamieszkania, jednak przyroda nie daje tak łatwo przewidzieć swoich planów. Dudka nie było, a nie był to pierwszy raz gdy go tam szukałem. Okazać się miało jednak, że szukałem go za daleko, bo istnieje inna aleja, która znajduje się o dobry kawałek świata bliżej Kortowa. Odkrycia dokonałem przypadkiem, jadąc tamtego ranka rowerem, po prostu usłyszałem głos tego ptaka. Wtedy jednak nastawiony na fotografię w Sząbruku, pojechałem dalej, zostawiając to miejsce na inną okazję.

Ta nadarzyła się kawał czasu potem. Nareszcie trochę wolnego i możliwość wyrwania się w zieloną przestrzeń. Jednak o mały włos i pojechałbym gdzie indziej, bo dudek przypomniał mi się dopiero w progu domu. Pocinałem przez leśne drogi podekscytowany możliwością spotkania. Po dojeździe jednak zaczęło się długie poszukiwanie. Każda droga, dróżka, aleja i alejka... i nic. Już zacząłem się zastanawiać gdzie on mógł tu się urządzić, aż tu- znajome upupup. Ostatnia aleja, okazała się znajoma, lecz dobrze, że z rozpędu nie wpadłem w nią za szybko, bo dudek siedział na ziemi, tuż przy wjeździe. Było to spotkanie mocno przelotne. Dudek szybko wziął nogi za pas, odleciał za las i wydawać by się mogło, że tyle go widzieli. Jednak po chwili wrócił i usiadł na drzewie. Ze szczytu brzozy dobiegło znowu dudkowe upupup. Jednak nie było mowy o podchodzeniu, ptak dał dyla po moim pierwszym kroku w jego stronę.


O dudkach w Przewodniku Collinsa napisane jest, że nie są płochliwe, jednakże są ostrożne i unikają ludzi. Tak to się oczywiście zgadzało, chociaż ostrożność i płochliwość moim zdaniem tutaj jak najbardziej się pokrywały.


Drugie moje odwiedziny nie były zbyt owocne. Widziałem przelatującego ptaka z pokarmem w dziobie w sporym oddaleniu, co dało mi mętne mniemanie o miejscu dziupli. Odprowadzony czujnymi oczami lisiej rodziny po kolejnych godzinach poszukiwań, odpuściłem i wróciłem do domu.

Dzisiaj znów tam pojechałem. Z początku było dość optymistycznie, w alei powitały mnie dwa zające. Najpierw kawałek podeszły, a potem powoli się oddaliły, jakby nie zauważając mojej obecności.


Przeszedłem całą aleję kilka razy w obu kierunkach, jednak nic nie znalazłem. Wydawało mi się, że tylko słyszałem głos dudka gdzieś w oddali. Nagle drogę przeciął mi lis, zły znak niebezpieczeństwo dla wszystkich przesiadujących na ziemi istot. Dudek na pewno do nich należy, bo większość czasu spędza na żerowaniu, a do tego preferuje niską trawę, czyli skąpo porośnięte łąki... lub krótko przystrzyżoną trawę pola golfowego! Z ta aleją bowiem sąsiadował taki obiekt, gdzie tłumnie gromadzą się szpacze stada penetrując teren w poszukiwaniu pożywienia. Jednak w cichszym miejscu, wychynąwszy zza drzewa, zobaczyłem go. Szperał tym swoim długim dziobem w trawie, a ja schowany za osłoną mogłem go do woli poobserwować i obfotografować. Teraz wiem gdzie go szukać i czas przygotować się na kolejne spotkanie.



sobota, 27 maja 2017

Zmarnowane okazje i niecodzienne spotkania

Dziś wraz z cudną pogodą załadowałem co mogłem na plecy i rowerkiem śmignąłem do dawno nieodwiedzanego miejsca. Stara aleja drzew pośrodku bezkresnych łąk.

Od razu na wstępie, po dojechaniu, dowiedziałem się zaskakującej rzeczy o mleczach. Właściwie to o dmuchawcach. Mianowicie, oprócz bycia domem dla niezliczonej chmary owadów, w tym najróżniejszych ważek, słyną one z przenoszenia swoich nasion za pomocą małych spadochroników. Oczywiście nasuwa się na myśl, że to wiatr będzie przyczyniał się do ich rozsiewania, ale okazuje się, że nie tylko. Stojąca nadal rosa sprawiła, że po 2 minutach przedzierania się na przełaj przez łąkę na przemoczonych do cna spodniach niosłem balast niezliczonej liczby przyklejonych na wodę nasion mniszka lekarskiego. Moje buty wyglądały jakbym nałożył na nie skarpety. O rowerze nie wspomnę...

Jednak dotarłem na miejsce, wszedłem w aleję, rozejrzałem się i wybrałem miejsce na czatownię. Cóż całkiem pechowo. Z całego ranka nic, żadnych zdjęć z kryjówki, więc kiedy wylazłem na słońce, musiałem jeszcze trochę połazić. No i tak zauważyłem błotniaka stawowego. Samiec miał za chwilę skosić zakrętem w moją stronę, dlatego czym prędzej ustawiłem się do zdjęć. Czas na reakcję- minimalny, warunki świetlne- pod słońce, efekt- niekoniecznie zadowalający... No cóż, stawowiec patrolował łąkę dalej, oddalając się ode mnie, tym swoim charakterystycznym, niskim lotem z głową skierowaną w dół i wypatrującą ofiary.




Przeszedłem na drugą stronę i zachęcony odgłosami derkacza, rozstawiałem się na nowo w cieniu małego zagajnika. I tu wyglądając za jego skraj, dostrzegłem tego samego błotniaka. Jeżeli się ustawię i szybko schowam- gwarantowane dobre ujęcia. No i czekam, i czekam, i nic. Wychylam się, a tam 2 metry ode mnie stawowiec właśnie bierze ciasny zakręt prosto na mnie, idealnie oświetlony. I tylko błysk w oku i przestraszony nie na żarty błotniak daje wsteczny. Zmarnowana okazja. Tak to się nazywa.

Pozostało mi jedynie przespacerować się aleją w tą i z powrotem. Gdzieś w połowie słyszę nagle lekkie postukiwania, jakby opukującego drzewo dzięcioła. Dodatkowo po chwili widzę spadające kawałki kory, dzięcioł na 100%. I co? Wychynął ten dzięcioł za chwilę na gałąź nade mną, tylko okazał się trochę za włochaty i za duży. Kuna. Kuna domowa, zwana kamionką, patrzyła na mnie, a ja na nią. I siedziała, a jedyną oznaką życia były co chwila mrugające czarne ślepia. Tak trwaliśmy przez chwilę, gdy kuna najwidoczniej stwierdziła, że nie jestem zagrożeniem i zaczęła schodzić z drzewa. Zeszła i w długą! Mknęła prawie nie dotykając ziemi. Już tylko kawał dalej zatrzymała się, obróciła, zobaczyła czy jej nie gonię i pomknęła dalej. Taki o to dzień zmarnowanych szans i niecodziennych spotkań.


sobota, 13 maja 2017

Akuku!

Dzisiaj skoro świt ruszyliśmy z Szymonem nad trzcinowisko Dajtki. Ja zachęcony kszykiem z tamtego tygodnia od razu odruchowo kierowałem się w tym kierunku. Jednak to nie on miał być dzisiejszym bohaterem. Oczywiście kszyka też słyszeliśmy i ostatecznie nawet udało się go znowu wypatrzeć. Przydaje się wiedza, że bekas ten lubi odzywać się z eksponowanych stanowisk, jednak zawsze wybiera gałęzie po drugiej stronie trzcinowiska.

Gdy szliśmy w stronę gdzie trzcinowisko przechodzi w łąki, zauważyliśmy ptaka pierwszy raz. Znajomy dla każdego człowieka, ale głównie po głosie, tym razem był z daleka widoczny. Usiadł w krzewie głogu, lecz gdy tylko się zbliżyliśmy uciekł chowając się za najbliższymi sosnami. Tak więc ruszyliśmy dalej, by zobaczyć czy w tym roku są na trzcinowisku derkacze.

Całość nabrała rozpędu gdy podczas drogi powrotnej na gałęzi uschniętego drzewa dostrzegłem podłużny kształt. Kukułka, którą widzieliśmy już tego dnia siedziała na eksponowanym stanowisku i pomimo naszego przybliżania się nie uciekała. Ostateczne zdjęcia mogłem wykonać już z niewielkiej odległości, przy czym ptak dalej nie uciekał. Zerwał się niestety w momencie gdy odwróciłem wzrok i poleciał w stronę głogowych zagajników.


Każdy zna kukułkę właśnie z kukania i z tego, że podrzuca swoje jaja innym ptakom. Samice zazwyczaj specjalizują się w podrzucaniu swoich poszczególnym gatunkom. Specjalizacja jest potrzebna ze względu na to, że jeżeli podstęp ma się udać to jaja muszą być podobne do tych gospodarza. Jednak kukułka nie składa ich bezpośrednio do gniazda innego ptaka, zazwyczaj przenosi je tam w dziobie. Samica jest dość skryta, jednak samiec kuka z eksponowanego stanowiska, dzięki czemu można go czasem wypatrzeć.

wtorek, 9 maja 2017

Byle do 100

W Polsce od kilku lat organizowana jest impreza wzorowana na podobnych organizowanych na zachodzie. Jest nią nazwany tak w Polsce "Rajd Ptasiarzy". Od początku zainteresowała mnie cała inicjatywa. Celem rajdu jest stwierdzenie w ciągu jednej doby jak największej ilości ptaków. Całość odbywa się w kilkuosobowych zespołach, co jest aktualnie jedynym warunkiem, którego nie spełniam. Tak więc po raz trzeci wypróbowałem swoje możliwości mając na celu to samo co pełnoprawni uczestnicy.

Stwierdzić gatunek trzeba głosowo lub wizualnie. Opiera się to na wzajemnej uczciwości. Rekordy w naszym kraju sięgają ponad 140 gatunków. Moim celem w tym roku było osiągnięcie co najmniej 100.

Największym okresem aktywności ptaków jest ranek. Dlatego wstałem o 4:30, by o 5:00 wyruszyć. Jednak pierwszym ptakiem, jak większości rajdowiczów, była stwierdzona już o 3:30 śpiewająca pleszka. Ptak siedział tuż pod moim oknem i nic sobie nie robił z tego, że kogoś może obudzić. Wstałem jednak dopiero godzinę później, a przyszykowując się do wyruszenia otworzyłem okno, żeby posłuchać co się dzieje. Takim oto sposobem stwierdziłem 10 pierwszych gatunków nie wychodząc nawet z domu.

Pierwszym celem było Trzcinowisko Dajtki. Miałem 4 godziny, by objechać cały swój teren rowerem, potem dołączał do mnie tata i razem samochodem ruszaliśmy dalej.

Jadąc przez las dodawałem kolejne śpiewające gatunki, dzień później obchodzimy Międzynarodowy Dzień Ptasich Chórów więc ptaków było na prawdę wiele. W sumie do wyjazdu z Lasu Kortowskiego na Dajtki miałem już 30 różnych gatunków co udało się osiągnąć przez pierwszą godzinę. Wśród nich prym wiodły pierwiosnki, piecuszki i świstunki, które słychać było wszędzie. Chętnie śpiewały także kosy, gdzieniegdzie dołączył rudzik, a nawet odezwał się cichutki o tej porze roku gil. Całość głośnym klangorem zamykały żurawie.

 rokitniczka- niektóre ptaki są o wiele bardziej skryte i łatwiej je usłyszeć niż zobaczyć


Wjeżdżając na trzcinowisko miałem prawie na początku komplet gatunków z tego terenu. Na samym początku pierwszy raz w historii moich obserwacji na tym terenie zobaczyłem kszyka. Wcześniej go tylko słyszałem, ale teraz w spektakularnym locie tokowym przelatywał nad moją głową. Skrajne sterówki kszyka podczas takich lotów wprawiają powietrze w wibracje co sprawia, że wydawany jest odgłos beczenia.

 kszyk w locie tokowym-na zdjęciu widać skrajne sztywne sterówki

kszyk-po locie tokowym odpoczywał na gałęziach

Szedłem, prowadząc rower wzdłuż trzcinowiska. Nie chciało mi się nawet śpieszyć, pomimo że wiedziałem, że muszę. Gdzieś po środku trzcinowisk, gdy na mojej liście figurowało 40-kilka gatunków, odezwała się pierwsza w tym sezonie wilga.

Zasiedziawszy się na trzcinowiskach musiałem nieźle pedałować na drodze do Gronit. Tam na samym wjeździe stwierdziłem jedyny gatunek, po który tu przyjechałem- lerkę. Jednak w bonusie wyleciały jeszcze jaskółki dymówki i kruk.

Dalej była leśniczówka i tu na Starym Dworze retencji nie miałem nic nowego, trudno nie wszystko musi zaskakiwać, czas było pędzić dalej i nie marnować czasu.

Wyjechałem koło stadniny mając na liczniku 55 gatunków. Dorzucałem kolejne: dzięcioła zielonego, kawkę, kwiczoła i pliszkę siwą. 60 gatunek miałem na trzcinowisku Brzezińskim i był to szczygieł.
Tam także spotkałem pierwszego w tym roku słowika szarego, śpiewał w najlepsze pomimo godziny 8 z kawałkiem, wysokiego już słońca i sporego ciepła.

Tak wracając przez Kortowo dobijałem powoli do 70. Ostatnim gatunkiem i to siedemdziesiątym był dzięcioł średni, który był niezłą niespodzianką.

Po przerwie na śniadanie koło godziny 9:30 ruszyliśmy samochodem w kierunku Unieszewa. Po kolei dochodziły polne gatunki: bocian biały, skowronek, pokląskwa. W Sząbruku na rozlewisku doszedł buczący bąk, a także krakwa. Stadko tych ostatnich siedziało na wodzie i okazały się tego dnia liczniejsze od innych gatunków kaczek.

Na Unieszewo się nie dostaliśmy. Stanęła nam na drodze etyka fotografa i obserwatora ptaków. Gęgawy z Unieszewa prowadzające sporą grupkę młodych i tak z niepokojem patrzyły na pielgrzymkę zmierzającą do Gietrzwałdu, co dopiero gdybyśmy my zaczęli podchodzić bliżej, niosący dziwny sprzęt i skradający się w ich kierunku. 

 gęgawy z przychówkiem

Tak więc robiąc dokumentacyjne zdjęcie z daleka zostawiliśmy je w spokoju. 81 gatunkiem okazał się stwierdzony o 10:58 kulczyk śpiewający we Wrzesinie. Tak więc tempo dodawania kolejnych gatunków malało, żeby dodać kolejne trzeba się było napocić. Jednak przed nami było jeszcze Kwiecewo, jeden z największych węzłów komunikacyjnych ptasiej migracji. Dotarliśmy tam o 11:55 zatrzymując się jeszcze w kilku miejscach i tak zastaliśmy tam wielki harmider. Śmieszek było zatrzęsienie, a wśród nich udało się wypatrzyć mewę małą, która teraz jest na przelotach. Na łączce przed głównym polderem tańczyły czaple, uchwycone przez mojego tatę.  Wśród mew uganiały się także rybitwy: czarna, białoskrzydła i białowąsa. Przez lunetę dostrzegłem także perkoza rdzawoszyjego i to co najmniej dwie pary. Idąc dalej wzdłuż grobli usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy pokląskwę. Ptaszek ten siedział na paliku i dał sobie narobić zdjęć. Dochodząć do dobrego punktu obserwacyjnego zacząłem odhaczać gatunki kaczek, udało się zaobserwować cały komplet. I tak opuszczaliśmy Kwiecewo z setką gatunków. Rekord z poprzedniego roku przebity o 30 gatunków. Do końca dnia jeszcze daleko.

czaple siwe-zdjęcie zrobione przez mojego tatę

 pokląskwa


Zaczęliśmy się kierować na Dobre Miasto i przez długi, bardzo długi czas nie było żadnych nowości. Dopiero w okolicach Jezioran złapały kolejne. Udało się uchwycić polującą na ryby czaplę białą, która nic nie robiła sobie ani z nas, ani z przejeżdżających samochodów. Kilka kroków potem biała postać zastyga w bezruchu i... trach, szyja wystrzeliwuje jak harpun i wraca z rybą w dziobie.



Do tego pliszka żółta i stado łęczaków.  Ostatnie gatunki bo było już koło 17. Tak więc powoli wracaliśmy do Olsztyna w Pasymiu obserwując jeszcze śmieszki i orlika krzykliwego. Na sam koniec trasy samochodem nad sadami przy Galerii Warmińskiej dodałem do listy pustułkę jako 106 gatunek.

Jednak wysiadka z samochodu nie była końcem. Wsiadłem ponownie na rower. Godzina poszukiwań rano oznaczała 30 gatunków, teraz z wielkim szczęściem dodałem jeszcze jeden ostatni na dziś gatunek- dzięciołka.

107 gatunków jest rezultatem, z którego jestem jak najbardziej zadowolony. Zobaczymy czy w następnym roku będzie lepiej!

Lista gatunków:
1.pleszka
2.bogatka
3.modraszka
4.wróbel
5.piecuszek
6.dzięcioł duży
7.kukułka
8.wrona siwa
9.grzywacz
10.szpak
11.krzyżówka
12.kos
13.świstunka leśna
14.pierwiosnek
15.zięba
16.żuraw
17.kapturka
18.sójka
19.sroka
20.piegża
21.śpiewak
22.czarnogłówka
23.grubodziób
24.rudzik
25.mysikrólik
26.sikora uboga
27.strzyżyk
28.gajówka
29.czyż
30.kowalik
31.gil
32.sosnówka
33.raniuszek
34.brzęczka
35.rokitniczka
36.myszołów
37.kszyk
38.samotnik
39.trznadel
40.wodnik
41.kormoran
42.świergotek drzewny
43.wilga
44.sierpówka
45.kokoszka
46.potrzos
47.cierniówka
48.mazurek
49.czapla siwa
50.lerka
51.dymówka
52.kruk
53.dzięcioł czarny
54.zniczek
55.muchołówka żałobna
56.dzięcioł zielony
57.kawka
58.kwiczoł
59.pliszka siwa
60.szczygieł
61.słowik szary
62.gołąb miejski
63.trzciniak
64.trzcinniczek
65.perkoz dwuczuby
66.łabędź niemy
67.nurogęś
68.dzwoniec
69.remiz
70.dzięcioł średni
71.bocian biały
72.gągoł
73.śmieszka
74.oknówka
75.bąk
76.błotniak stawowy
77.pokląskwa
78.skowronek
79.krakwa
80.gęgawa
81.kulczyk
82.kopciuszek
83.kuropatwa
84.świergotek łąkowy
85.czajka
86.perkoz rdzawoszyi
87.wąsatka
88.łyska
89.czernica
90.świstun
91.płaskonos
92.cyraneczka
93.rybitwa czarna
94.rybitwa białowąsa
95.rybitwa białoskrzydła
96.mewa mała
97.cyranka
98.głowienka
99.rożeniec
100.łęczak
101.czapla biała
102.pliszka żółta
103.orlik krzykliwy
104.srokosz
105.gawron
106.pustułka
107.dzięciołek

niedziela, 9 kwietnia 2017

Rytuał

Od pewnego czasu wręcz tradycją się stało, że wracając z wypadu w teren wchodzę do ogródka od tyłu i je spotykam. Najpierw kontroluję czy są, a potem przekradam się pod żywopłotem i czasem pozwalają zrobić sobie kilka zdjęć, bo w tym roku, gdzieś w zakamarkach dachówek dachu mojego domu, zadomowiła się para pliszek siwych.


Zawsze rano jest pewien "obrządek". Najpierw zaczyna szarzeć i wszystko zaczyna śpiewać. Potem jest chwilowa przerwa na śniadanie i chór nieznacznie przycicha. Wtedy na trawniku pojawiają się właśnie pliszki. Trzęsiogonki, bo taka jest ich staropolska nazwa, najpierw oznajmiają swoje przybycie dość charakterystycznym, krótkim ćwierkaniem, a dopiero potem się pojawiają. Pojedynczo lub we dwie biegają, penetrując całą zieloną przestrzeń, przystając tylko na chwilę.


Nieustannie rytmicznie podrygują ogonkami, stąd ta nazwa. Niektórzy mówią, że ten rytuał pomaga wypłaszać owady, inni, że pomaga ptakowi zachować równowagę. Może i jedno, i drugie, na pewno jednak dodaje tej drobnej ptaszynie charakteru, który najlepiej okazuje zaciekle broniąc swojego terytorium, przed sąsiednimi pliszkami.