sobota, 27 maja 2017

Zmarnowane okazje i niecodzienne spotkania

Dziś wraz z cudną pogodą załadowałem co mogłem na plecy i rowerkiem śmignąłem do dawno nieodwiedzanego miejsca. Stara aleja drzew pośrodku bezkresnych łąk.

Od razu na wstępie, po dojechaniu, dowiedziałem się zaskakującej rzeczy o mleczach. Właściwie to o dmuchawcach. Mianowicie, oprócz bycia domem dla niezliczonej chmary owadów, w tym najróżniejszych ważek, słyną one z przenoszenia swoich nasion za pomocą małych spadochroników. Oczywiście nasuwa się na myśl, że to wiatr będzie przyczyniał się do ich rozsiewania, ale okazuje się, że nie tylko. Stojąca nadal rosa sprawiła, że po 2 minutach przedzierania się na przełaj przez łąkę na przemoczonych do cna spodniach niosłem balast niezliczonej liczby przyklejonych na wodę nasion mniszka lekarskiego. Moje buty wyglądały jakbym nałożył na nie skarpety. O rowerze nie wspomnę...

Jednak dotarłem na miejsce, wszedłem w aleję, rozejrzałem się i wybrałem miejsce na czatownię. Cóż całkiem pechowo. Z całego ranka nic, żadnych zdjęć z kryjówki, więc kiedy wylazłem na słońce, musiałem jeszcze trochę połazić. No i tak zauważyłem błotniaka stawowego. Samiec miał za chwilę skosić zakrętem w moją stronę, dlatego czym prędzej ustawiłem się do zdjęć. Czas na reakcję- minimalny, warunki świetlne- pod słońce, efekt- niekoniecznie zadowalający... No cóż, stawowiec patrolował łąkę dalej, oddalając się ode mnie, tym swoim charakterystycznym, niskim lotem z głową skierowaną w dół i wypatrującą ofiary.




Przeszedłem na drugą stronę i zachęcony odgłosami derkacza, rozstawiałem się na nowo w cieniu małego zagajnika. I tu wyglądając za jego skraj, dostrzegłem tego samego błotniaka. Jeżeli się ustawię i szybko schowam- gwarantowane dobre ujęcia. No i czekam, i czekam, i nic. Wychylam się, a tam 2 metry ode mnie stawowiec właśnie bierze ciasny zakręt prosto na mnie, idealnie oświetlony. I tylko błysk w oku i przestraszony nie na żarty błotniak daje wsteczny. Zmarnowana okazja. Tak to się nazywa.

Pozostało mi jedynie przespacerować się aleją w tą i z powrotem. Gdzieś w połowie słyszę nagle lekkie postukiwania, jakby opukującego drzewo dzięcioła. Dodatkowo po chwili widzę spadające kawałki kory, dzięcioł na 100%. I co? Wychynął ten dzięcioł za chwilę na gałąź nade mną, tylko okazał się trochę za włochaty i za duży. Kuna. Kuna domowa, zwana kamionką, patrzyła na mnie, a ja na nią. I siedziała, a jedyną oznaką życia były co chwila mrugające czarne ślepia. Tak trwaliśmy przez chwilę, gdy kuna najwidoczniej stwierdziła, że nie jestem zagrożeniem i zaczęła schodzić z drzewa. Zeszła i w długą! Mknęła prawie nie dotykając ziemi. Już tylko kawał dalej zatrzymała się, obróciła, zobaczyła czy jej nie gonię i pomknęła dalej. Taki o to dzień zmarnowanych szans i niecodziennych spotkań.


sobota, 13 maja 2017

Akuku!

Dzisiaj skoro świt ruszyliśmy z Szymonem nad trzcinowisko Dajtki. Ja zachęcony kszykiem z tamtego tygodnia od razu odruchowo kierowałem się w tym kierunku. Jednak to nie on miał być dzisiejszym bohaterem. Oczywiście kszyka też słyszeliśmy i ostatecznie nawet udało się go znowu wypatrzeć. Przydaje się wiedza, że bekas ten lubi odzywać się z eksponowanych stanowisk, jednak zawsze wybiera gałęzie po drugiej stronie trzcinowiska.

Gdy szliśmy w stronę gdzie trzcinowisko przechodzi w łąki, zauważyliśmy ptaka pierwszy raz. Znajomy dla każdego człowieka, ale głównie po głosie, tym razem był z daleka widoczny. Usiadł w krzewie głogu, lecz gdy tylko się zbliżyliśmy uciekł chowając się za najbliższymi sosnami. Tak więc ruszyliśmy dalej, by zobaczyć czy w tym roku są na trzcinowisku derkacze.

Całość nabrała rozpędu gdy podczas drogi powrotnej na gałęzi uschniętego drzewa dostrzegłem podłużny kształt. Kukułka, którą widzieliśmy już tego dnia siedziała na eksponowanym stanowisku i pomimo naszego przybliżania się nie uciekała. Ostateczne zdjęcia mogłem wykonać już z niewielkiej odległości, przy czym ptak dalej nie uciekał. Zerwał się niestety w momencie gdy odwróciłem wzrok i poleciał w stronę głogowych zagajników.


Każdy zna kukułkę właśnie z kukania i z tego, że podrzuca swoje jaja innym ptakom. Samice zazwyczaj specjalizują się w podrzucaniu swoich poszczególnym gatunkom. Specjalizacja jest potrzebna ze względu na to, że jeżeli podstęp ma się udać to jaja muszą być podobne do tych gospodarza. Jednak kukułka nie składa ich bezpośrednio do gniazda innego ptaka, zazwyczaj przenosi je tam w dziobie. Samica jest dość skryta, jednak samiec kuka z eksponowanego stanowiska, dzięki czemu można go czasem wypatrzeć.

wtorek, 9 maja 2017

Byle do 100

W Polsce od kilku lat organizowana jest impreza wzorowana na podobnych organizowanych na zachodzie. Jest nią nazwany tak w Polsce "Rajd Ptasiarzy". Od początku zainteresowała mnie cała inicjatywa. Celem rajdu jest stwierdzenie w ciągu jednej doby jak największej ilości ptaków. Całość odbywa się w kilkuosobowych zespołach, co jest aktualnie jedynym warunkiem, którego nie spełniam. Tak więc po raz trzeci wypróbowałem swoje możliwości mając na celu to samo co pełnoprawni uczestnicy.

Stwierdzić gatunek trzeba głosowo lub wizualnie. Opiera się to na wzajemnej uczciwości. Rekordy w naszym kraju sięgają ponad 140 gatunków. Moim celem w tym roku było osiągnięcie co najmniej 100.

Największym okresem aktywności ptaków jest ranek. Dlatego wstałem o 4:30, by o 5:00 wyruszyć. Jednak pierwszym ptakiem, jak większości rajdowiczów, była stwierdzona już o 3:30 śpiewająca pleszka. Ptak siedział tuż pod moim oknem i nic sobie nie robił z tego, że kogoś może obudzić. Wstałem jednak dopiero godzinę później, a przyszykowując się do wyruszenia otworzyłem okno, żeby posłuchać co się dzieje. Takim oto sposobem stwierdziłem 10 pierwszych gatunków nie wychodząc nawet z domu.

Pierwszym celem było Trzcinowisko Dajtki. Miałem 4 godziny, by objechać cały swój teren rowerem, potem dołączał do mnie tata i razem samochodem ruszaliśmy dalej.

Jadąc przez las dodawałem kolejne śpiewające gatunki, dzień później obchodzimy Międzynarodowy Dzień Ptasich Chórów więc ptaków było na prawdę wiele. W sumie do wyjazdu z Lasu Kortowskiego na Dajtki miałem już 30 różnych gatunków co udało się osiągnąć przez pierwszą godzinę. Wśród nich prym wiodły pierwiosnki, piecuszki i świstunki, które słychać było wszędzie. Chętnie śpiewały także kosy, gdzieniegdzie dołączył rudzik, a nawet odezwał się cichutki o tej porze roku gil. Całość głośnym klangorem zamykały żurawie.

 rokitniczka- niektóre ptaki są o wiele bardziej skryte i łatwiej je usłyszeć niż zobaczyć


Wjeżdżając na trzcinowisko miałem prawie na początku komplet gatunków z tego terenu. Na samym początku pierwszy raz w historii moich obserwacji na tym terenie zobaczyłem kszyka. Wcześniej go tylko słyszałem, ale teraz w spektakularnym locie tokowym przelatywał nad moją głową. Skrajne sterówki kszyka podczas takich lotów wprawiają powietrze w wibracje co sprawia, że wydawany jest odgłos beczenia.

 kszyk w locie tokowym-na zdjęciu widać skrajne sztywne sterówki

kszyk-po locie tokowym odpoczywał na gałęziach

Szedłem, prowadząc rower wzdłuż trzcinowiska. Nie chciało mi się nawet śpieszyć, pomimo że wiedziałem, że muszę. Gdzieś po środku trzcinowisk, gdy na mojej liście figurowało 40-kilka gatunków, odezwała się pierwsza w tym sezonie wilga.

Zasiedziawszy się na trzcinowiskach musiałem nieźle pedałować na drodze do Gronit. Tam na samym wjeździe stwierdziłem jedyny gatunek, po który tu przyjechałem- lerkę. Jednak w bonusie wyleciały jeszcze jaskółki dymówki i kruk.

Dalej była leśniczówka i tu na Starym Dworze retencji nie miałem nic nowego, trudno nie wszystko musi zaskakiwać, czas było pędzić dalej i nie marnować czasu.

Wyjechałem koło stadniny mając na liczniku 55 gatunków. Dorzucałem kolejne: dzięcioła zielonego, kawkę, kwiczoła i pliszkę siwą. 60 gatunek miałem na trzcinowisku Brzezińskim i był to szczygieł.
Tam także spotkałem pierwszego w tym roku słowika szarego, śpiewał w najlepsze pomimo godziny 8 z kawałkiem, wysokiego już słońca i sporego ciepła.

Tak wracając przez Kortowo dobijałem powoli do 70. Ostatnim gatunkiem i to siedemdziesiątym był dzięcioł średni, który był niezłą niespodzianką.

Po przerwie na śniadanie koło godziny 9:30 ruszyliśmy samochodem w kierunku Unieszewa. Po kolei dochodziły polne gatunki: bocian biały, skowronek, pokląskwa. W Sząbruku na rozlewisku doszedł buczący bąk, a także krakwa. Stadko tych ostatnich siedziało na wodzie i okazały się tego dnia liczniejsze od innych gatunków kaczek.

Na Unieszewo się nie dostaliśmy. Stanęła nam na drodze etyka fotografa i obserwatora ptaków. Gęgawy z Unieszewa prowadzające sporą grupkę młodych i tak z niepokojem patrzyły na pielgrzymkę zmierzającą do Gietrzwałdu, co dopiero gdybyśmy my zaczęli podchodzić bliżej, niosący dziwny sprzęt i skradający się w ich kierunku. 

 gęgawy z przychówkiem

Tak więc robiąc dokumentacyjne zdjęcie z daleka zostawiliśmy je w spokoju. 81 gatunkiem okazał się stwierdzony o 10:58 kulczyk śpiewający we Wrzesinie. Tak więc tempo dodawania kolejnych gatunków malało, żeby dodać kolejne trzeba się było napocić. Jednak przed nami było jeszcze Kwiecewo, jeden z największych węzłów komunikacyjnych ptasiej migracji. Dotarliśmy tam o 11:55 zatrzymując się jeszcze w kilku miejscach i tak zastaliśmy tam wielki harmider. Śmieszek było zatrzęsienie, a wśród nich udało się wypatrzyć mewę małą, która teraz jest na przelotach. Na łączce przed głównym polderem tańczyły czaple, uchwycone przez mojego tatę.  Wśród mew uganiały się także rybitwy: czarna, białoskrzydła i białowąsa. Przez lunetę dostrzegłem także perkoza rdzawoszyjego i to co najmniej dwie pary. Idąc dalej wzdłuż grobli usłyszeliśmy, a potem zobaczyliśmy pokląskwę. Ptaszek ten siedział na paliku i dał sobie narobić zdjęć. Dochodząć do dobrego punktu obserwacyjnego zacząłem odhaczać gatunki kaczek, udało się zaobserwować cały komplet. I tak opuszczaliśmy Kwiecewo z setką gatunków. Rekord z poprzedniego roku przebity o 30 gatunków. Do końca dnia jeszcze daleko.

czaple siwe-zdjęcie zrobione przez mojego tatę

 pokląskwa


Zaczęliśmy się kierować na Dobre Miasto i przez długi, bardzo długi czas nie było żadnych nowości. Dopiero w okolicach Jezioran złapały kolejne. Udało się uchwycić polującą na ryby czaplę białą, która nic nie robiła sobie ani z nas, ani z przejeżdżających samochodów. Kilka kroków potem biała postać zastyga w bezruchu i... trach, szyja wystrzeliwuje jak harpun i wraca z rybą w dziobie.



Do tego pliszka żółta i stado łęczaków.  Ostatnie gatunki bo było już koło 17. Tak więc powoli wracaliśmy do Olsztyna w Pasymiu obserwując jeszcze śmieszki i orlika krzykliwego. Na sam koniec trasy samochodem nad sadami przy Galerii Warmińskiej dodałem do listy pustułkę jako 106 gatunek.

Jednak wysiadka z samochodu nie była końcem. Wsiadłem ponownie na rower. Godzina poszukiwań rano oznaczała 30 gatunków, teraz z wielkim szczęściem dodałem jeszcze jeden ostatni na dziś gatunek- dzięciołka.

107 gatunków jest rezultatem, z którego jestem jak najbardziej zadowolony. Zobaczymy czy w następnym roku będzie lepiej!

Lista gatunków:
1.pleszka
2.bogatka
3.modraszka
4.wróbel
5.piecuszek
6.dzięcioł duży
7.kukułka
8.wrona siwa
9.grzywacz
10.szpak
11.krzyżówka
12.kos
13.świstunka leśna
14.pierwiosnek
15.zięba
16.żuraw
17.kapturka
18.sójka
19.sroka
20.piegża
21.śpiewak
22.czarnogłówka
23.grubodziób
24.rudzik
25.mysikrólik
26.sikora uboga
27.strzyżyk
28.gajówka
29.czyż
30.kowalik
31.gil
32.sosnówka
33.raniuszek
34.brzęczka
35.rokitniczka
36.myszołów
37.kszyk
38.samotnik
39.trznadel
40.wodnik
41.kormoran
42.świergotek drzewny
43.wilga
44.sierpówka
45.kokoszka
46.potrzos
47.cierniówka
48.mazurek
49.czapla siwa
50.lerka
51.dymówka
52.kruk
53.dzięcioł czarny
54.zniczek
55.muchołówka żałobna
56.dzięcioł zielony
57.kawka
58.kwiczoł
59.pliszka siwa
60.szczygieł
61.słowik szary
62.gołąb miejski
63.trzciniak
64.trzcinniczek
65.perkoz dwuczuby
66.łabędź niemy
67.nurogęś
68.dzwoniec
69.remiz
70.dzięcioł średni
71.bocian biały
72.gągoł
73.śmieszka
74.oknówka
75.bąk
76.błotniak stawowy
77.pokląskwa
78.skowronek
79.krakwa
80.gęgawa
81.kulczyk
82.kopciuszek
83.kuropatwa
84.świergotek łąkowy
85.czajka
86.perkoz rdzawoszyi
87.wąsatka
88.łyska
89.czernica
90.świstun
91.płaskonos
92.cyraneczka
93.rybitwa czarna
94.rybitwa białowąsa
95.rybitwa białoskrzydła
96.mewa mała
97.cyranka
98.głowienka
99.rożeniec
100.łęczak
101.czapla biała
102.pliszka żółta
103.orlik krzykliwy
104.srokosz
105.gawron
106.pustułka
107.dzięciołek

niedziela, 9 kwietnia 2017

Rytuał

Od pewnego czasu wręcz tradycją się stało, że wracając z wypadu w teren wchodzę do ogródka od tyłu i je spotykam. Najpierw kontroluję czy są, a potem przekradam się pod żywopłotem i czasem pozwalają zrobić sobie kilka zdjęć, bo w tym roku, gdzieś w zakamarkach dachówek dachu mojego domu, zadomowiła się para pliszek siwych.


Zawsze rano jest pewien "obrządek". Najpierw zaczyna szarzeć i wszystko zaczyna śpiewać. Potem jest chwilowa przerwa na śniadanie i chór nieznacznie przycicha. Wtedy na trawniku pojawiają się właśnie pliszki. Trzęsiogonki, bo taka jest ich staropolska nazwa, najpierw oznajmiają swoje przybycie dość charakterystycznym, krótkim ćwierkaniem, a dopiero potem się pojawiają. Pojedynczo lub we dwie biegają, penetrując całą zieloną przestrzeń, przystając tylko na chwilę.


Nieustannie rytmicznie podrygują ogonkami, stąd ta nazwa. Niektórzy mówią, że ten rytuał pomaga wypłaszać owady, inni, że pomaga ptakowi zachować równowagę. Może i jedno, i drugie, na pewno jednak dodaje tej drobnej ptaszynie charakteru, który najlepiej okazuje zaciekle broniąc swojego terytorium, przed sąsiednimi pliszkami.

sobota, 1 kwietnia 2017

Co tu się wydarzyło?

Długo zbierałem się do napisania o tym zdarzeniu. Pomyślałem, że to najlepszy impuls do tego by powrócić do pisania. Zatem, jakiś czas temu, gdzieś w Kortowie...

Pierwsze promienie słoneczne wróżyły dobrą pogodę. Słońce postanowiło świecić  na całego pobudzając do życia świat, pogrążony jeszcze w pozimowym letargu. To był idealny ranek by wyruszyć na poszukiwania.

Celem były dzięcioły zielonosiwe, które stwierdziliśmy w minioną niedzielę w małym podmokłym lasku w pobliżu Kortówki. Wtedy mignęły nam tylko dwie ptasie sylwetki, a potem słyszeliśmy głosy dobiegające z pobliskich olszyn.

Wyruszyliśmy z Bartkiem skoro świt. Na powitanie poranka pojawił się śpiewający rudzik. Maluch ten na całe gardło wyśpiewywał swoją rudzikową piosenkę.


Potem skierowaliśmy się w stronę owej olszyny. Podchodząc ostrożnie, ujrzeliśmy jakiś kształt poruszający się na ziemi. Myślałem, że to drozd śpiewak albo szpak ale w momencie gdy skierowałem na niego obiektyw nie wierzyłem własnym oczom. Na ziemi żerował samiec dzięcioła zielonego i tu zaczynały się schody. Czy w niedzielę pomyliłem dzięcioły zielone z zielonosiwymi?




Zagadka miała za chwilę się rozwikłać. Tymczasem sam dzięcioł skakał sobie w najlepsze co chwila wtykając swój dłutowaty dziób w ziemię w poszukiwaniu śniadania.



Podążając za nim, wyszliśmy za górkę i ujrzeliśmy kompana dzięcioła zielonego. Patrząc na drugiego ptaka oznaczyłem go jako samca dzięcioła zielonosiwego.


Do spółki dwa samce żerowały tuż obok siebie i gdyby nie to co wydarzylo się w następnej chwili wszystko byłoby w porządku. Zielonosiwy wyciągnął szyję i stanął w wyprostowanej postawie, gdy zielony zbliżał się w jego kierunku. Po chwili doszło do aktu, którego na pewno nie powinny dopuszczać się dwa samce, tym bardziej różnych gatunków...


Coś zdecydowanie było nie tak i dopiero potem gdy przeglądałem zdjęcia odkryłem kim właściwie był dzięcioł zielonosiwy...

Na skraju swojego areału jeden jak i drugi gatunek zmaga się z brakiem osobników jednej płci. Wtedy dochodzi czasem do lęgów mieszanych, które jednak są rzadkie. Tym bardziej bardzo rzadko obserwuje się mieszańce obu gatunków. Wszystkie zbadane mieszańce były bezpłodne i wykazywały cechy pośrednie w upierzeniu jak i w głosie obu gatunków rodziców. W Polsce takie osobniki obserwowano dopiero kilkanaście razy.

Na terenie Kortowa dzięcioły obydwu gatunków pojawiły się dopiero około dwa, trzy lata temu. Słyszałem pojedyncze osobniki, a także obserwowałem obydwa gatunki. Jednak ta obserwacja była przełomowa w kontekście zrozumienia stanu populacji kortowskiej.

Po obejrzeniu zdjęć zobaczyłem czerwoną potylicę u dzięcioła zielonosiwego co nie jest cechą tego gatunku. Po wnikliwszej obserwacji zauważyłem jeszcze czarną maskę, szeroki czarny wąs i jasne oko jak u dzięcioła zielonego. Sylwetka i rozmiary przypominały bardziej dzięcioła zielonosiwego, a głos był pośredni pomiędzy obydwoma gatunkami, ale bardziej przypominający głos dzięcioła zielonosiwego.


Tak więc samiec zielonego dopadł hybrydową samicę. Potem obydwa ptaki poleciały na drzewa nieopodal. Jednak tutaj nie kończy się owa historia. Z drzewa poderwał się samiec dzięcioła zielonosiwego, którego do tej pory nie obserwowaliśmy. Dzięcioł zielony zaatakował drugiego samca i odpędził od samicy. 

Dziwną parę, czy raczej trójkąt dzięciołów wybrałem się jeszcze kilka razy obserwować. Niestety bez skutków. Dzięcioły hybryd i zielonosiwy odleciały i więcej się nie pojawiły. Jednak z dzięciołem zielonym miałem jeszcze jedną przygodę...

Mglisty wiosenny ranek nie zapowiadał się najlepiej ale przemogłem się, wstałem rano i poszedłem skoro świt, na rutynową już kontrolę Górki Kortowskiej. Liczyłem na to, że dzięcioły może się jeszcze pojawią i nie zawiodłem się. Wychodząc na górkę usłyszałem gwizd dzięcioła zielonego. Jednak tu zostałem złapany w dwa ognie. Gwizd ten przeplatał się z rwetesem robionym przez stado przelotnych droździków. Postanowiłem zostawić na chwilę dzięcioła i ruszyć za stadem. Zły wybór. Ptaki płochliwe, nie dały się podejść, co dopiero sfotografować. Po jakimś kwadransie doszedłem do wniosku, że to jest bez sensu i w tym momencie, znacznie bliżej niż poprzednio odezwał się dzięcioł. Zaczęliśmy zwyczajową pogawędkę, ja trochę nieudolnie pogwizdując, on niczym mistrz pouczający amatora z werwą i siłą. Spotkałem go nieopodal i znowu na ziemi, bo dzięcioły zielone na ziemi spędzają nad podziw wiele czasu w poszukiwaniu swojego pokarmu - mrówek. czołgałem się cierpliwie w jego stronę. Za każdym razem gdy on zanurzał głowę w ziemi ja podpełzałem kawałek bliżej. Dzięcioł jednak miał inne plany. Po chwili zmienił miejsce, a potem odfrunął do olszynowego zagajnika. (Gdyby nie ten badyl...)

 

Szukałem jeszcze dzięciołów zielonosiwych. Niestety bez skutku...

niedziela, 2 października 2016

Niby mały, a się nie boi!

Wraz z Europejskim Dniem Ptaków 2016, czyli 2 października, postanowiłem powrócić do pisania bloga. Jesienią powraca w człowieku potrzeba chodzenia po lesie w poszukiwaniu choćby małych cudów takich jak ten.

Cała historia wydarzyła się podczas wycieczki do lasu. Jak to zwykle bywa plany można mieć, ale zazwyczaj ptaki nie za wiele sobie z nich robią. Tak więc miała to być ambitna wyprawa w leśne ostępy, a skończyło się na wgapianiu w niebo i zarośla poręby niedaleko domu.

Zaczęło się od sójkowych skrzeków. Wtórowały im kwiczoły co tworzyło atmosferę krzątaniny i zawieruchy w całym młodniku. Najpierw próbowałem je namierzyć. Jednak z sójek wypatrzyłem tylko poruszające się liście dębu, a z kwiczołów tylko łopoczące skrzydła i ptasie ogony. Nic innego nie pozostało jak ruszyć dalej. Wystarczyło jednak postawić kilka kroków, a tu smyr i na boczną gałązkę. Sięgnąłem szybko po aparat i odruchowo zacząłem strzelać, oczywiście zdjęcia. Na szczęście delikwent nie zbierał się do ucieczki. Mysikrólik skakał z jednej gałązki na drugą, na wyciągnięcie ręki. Na chwilę przysiadł, zastanowił się, spojrzał głęboko w obiektyw i zajął się dalej żerowaniem. Pech w tym, że światło nie najlepsze, ciemny młodnik wieczorem był juz w większości w cieniu.


 Mysikrólik jest najmniejszym ptakiem europejskim i zadziwiające jest to, że na zdjęciach tego nie widać. Ugania się za najmniejszymi muszkami i pająkami. Ten maluch nawet zimą musi wyszukać sobie pokarm, wydłubywany ze szczelin w korze. Głównie to jest szarawy, taki oliwkowy. Jego jaskrawa, żółta czapeczka nadaje mu zawadiacki wyraz. Taki też jest mysikrólik, szybki, mały, zwinny i... odważny.

niedziela, 26 czerwca 2016

Zmiany

Nie zapowiadało się, że będzie dużo owoców. Na wiosnę powiedziałem, że trudno, nic na to nie poradzę. Później jednak okazało się, że czereśnia nie zawiodła, wbrew wszystkim pesymistom. Zaczęły się przygotowania.
Ptaki jednak nie przyleciały tłumnie na pierwsze czerwieniejące się owoce. Nieśmiało i pojedynczo, jak najciszej przemykały pierwsze skrzydlate istoty. Ja jednak byłem cierpliwy, bo wiedziałem, co się stało w zeszłym roku. Zresztą w poprzednim czerwcu też opisywałem to na blogu.
Jednak czekało mnie sporo niespodzianek, zarówno dobrych jak i tych nie najlepszych.
Pierwsze pojawiły się sójki, już po kilku dniach przylatywały całymi rodzinami. Przestały się także krępować i w najlepsze skrzeczały, piszczały i kwiczały- po sójkowemu. Niektórzy tę muzykę nie za bardzo lubią, ja jednak słyszę w niej tę leśną nutę, nutę obecności lasu w naszym życiu. Zwłaszcza że sójka zaczyna przejmować kolejne tereny, gniazduje już w niektórych miejskich parkach i w miastach można ją spotkać coraz częściej.



Niemałym zaskoczeniem był nowy gość na czereśni. Grzywacz- największy polski gołąb, z zamiłowaniem zajadał się owocami każdego ranka. Kiedy czatowałem z aparatem, zazwyczaj słyszałem tylko łopot skrzydeł. Niestety ptak zazwyczaj siadał w takim miejscu, że nie dawałem rady go uchwycić. Sfotografowałem jednak ten gatunek, gdy pewnego dnia para rozważała, czy by nie nocować na owocującym drzewie. Ktoś musiał je jednak wypłoszyć, bo późnym wieczorem odleciały.


Szpaki i kwiczoły nie dopisały. Te pierwsze w ogóle się nie pojawiły, a z kwiczołowych kolonii przylatywały tylko pojedyncze młodziki. Taka kolonia znajdowała się gdzieś na skraju lasu, jednak trochę dalej, że słyszałem tylko śmiech tych ptaków. Pewnego ranka jeden zdecydował się i usiadł tuż przed moją czatownią. Znalazł stołówkę na kilka dni. To dobrze, niech się pożywi, bo większość młodych kwiczołów, przez pierwsze kilka tygodni samodzielnego życia głoduje. Pasy głodowe na piórach są bardzo często dostrzegalne u młodych osobników, w formie wąskich ciemniejszych linii.


Częste były także dzięcioły, pojawiła się jeszcze ptasia drobnica, ale w tym roku zawiodła wilga. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni, bo owoce nie zniknęły jeszcze do szczętu.