niedziela, 9 kwietnia 2017

Rytuał

Od pewnego czasu wręcz tradycją się stało, że wracając z wypadu w teren wchodzę do ogródka od tyłu i je spotykam. Najpierw kontroluję czy są, a potem przekradam się pod żywopłotem i czasem pozwalają zrobić sobie kilka zdjęć, bo w tym roku, gdzieś w zakamarkach dachówek dachu mojego domu, zadomowiła się para pliszek siwych.


Zawsze rano jest pewien "obrządek". Najpierw zaczyna szarzeć i wszystko zaczyna śpiewać. Potem jest chwilowa przerwa na śniadanie i chór nieznacznie przycicha. Wtedy na trawniku pojawiają się właśnie pliszki. Trzęsiogonki, bo taka jest ich staropolska nazwa, najpierw oznajmiają swoje przybycie dość charakterystycznym, krótkim ćwierkaniem, a dopiero potem się pojawiają. Pojedynczo lub we dwie biegają, penetrując całą zieloną przestrzeń, przystając tylko na chwilę.


Nieustannie rytmicznie podrygują ogonkami, stąd ta nazwa. Niektórzy mówią, że ten rytuał pomaga wypłaszać owady, inni, że pomaga ptakowi zachować równowagę. Może i jedno, i drugie, na pewno jednak dodaje tej drobnej ptaszynie charakteru, który najlepiej okazuje zaciekle broniąc swojego terytorium, przed sąsiednimi pliszkami.

sobota, 1 kwietnia 2017

Co tu się wydarzyło?

Długo zbierałem się do napisania o tym zdarzeniu. Pomyślałem, że to najlepszy impuls do tego by powrócić do pisania. Zatem, jakiś czas temu, gdzieś w Kortowie...

Pierwsze promienie słoneczne wróżyły dobrą pogodę. Słońce postanowiło świecić  na całego pobudzając do życia świat, pogrążony jeszcze w pozimowym letargu. To był idealny ranek by wyruszyć na poszukiwania.

Celem były dzięcioły zielonosiwe, które stwierdziliśmy w minioną niedzielę w małym podmokłym lasku w pobliżu Kortówki. Wtedy mignęły nam tylko dwie ptasie sylwetki, a potem słyszeliśmy głosy dobiegające z pobliskich olszyn.

Wyruszyliśmy z Bartkiem skoro świt. Na powitanie poranka pojawił się śpiewający rudzik. Maluch ten na całe gardło wyśpiewywał swoją rudzikową piosenkę.


Potem skierowaliśmy się w stronę owej olszyny. Podchodząc ostrożnie, ujrzeliśmy jakiś kształt poruszający się na ziemi. Myślałem, że to drozd śpiewak albo szpak ale w momencie gdy skierowałem na niego obiektyw nie wierzyłem własnym oczom. Na ziemi żerował samiec dzięcioła zielonego i tu zaczynały się schody. Czy w niedzielę pomyliłem dzięcioły zielone z zielonosiwymi?




Zagadka miała za chwilę się rozwikłać. Tymczasem sam dzięcioł skakał sobie w najlepsze co chwila wtykając swój dłutowaty dziób w ziemię w poszukiwaniu śniadania.



Podążając za nim, wyszliśmy za górkę i ujrzeliśmy kompana dzięcioła zielonego. Patrząc na drugiego ptaka oznaczyłem go jako samca dzięcioła zielonosiwego.


Do spółki dwa samce żerowały tuż obok siebie i gdyby nie to co wydarzylo się w następnej chwili wszystko byłoby w porządku. Zielonosiwy wyciągnął szyję i stanął w wyprostowanej postawie, gdy zielony zbliżał się w jego kierunku. Po chwili doszło do aktu, którego na pewno nie powinny dopuszczać się dwa samce, tym bardziej różnych gatunków...


Coś zdecydowanie było nie tak i dopiero potem gdy przeglądałem zdjęcia odkryłem kim właściwie był dzięcioł zielonosiwy...

Na skraju swojego areału jeden jak i drugi gatunek zmaga się z brakiem osobników jednej płci. Wtedy dochodzi czasem do lęgów mieszanych, które jednak są rzadkie. Tym bardziej bardzo rzadko obserwuje się mieszańce obu gatunków. Wszystkie zbadane mieszańce były bezpłodne i wykazywały cechy pośrednie w upierzeniu jak i w głosie obu gatunków rodziców. W Polsce takie osobniki obserwowano dopiero kilkanaście razy.

Na terenie Kortowa dzięcioły obydwu gatunków pojawiły się dopiero około dwa, trzy lata temu. Słyszałem pojedyncze osobniki, a także obserwowałem obydwa gatunki. Jednak ta obserwacja była przełomowa w kontekście zrozumienia stanu populacji kortowskiej.

Po obejrzeniu zdjęć zobaczyłem czerwoną potylicę u dzięcioła zielonosiwego co nie jest cechą tego gatunku. Po wnikliwszej obserwacji zauważyłem jeszcze czarną maskę, szeroki czarny wąs i jasne oko jak u dzięcioła zielonego. Sylwetka i rozmiary przypominały bardziej dzięcioła zielonosiwego, a głos był pośredni pomiędzy obydwoma gatunkami, ale bardziej przypominający głos dzięcioła zielonosiwego.


Tak więc samiec zielonego dopadł hybrydową samicę. Potem obydwa ptaki poleciały na drzewa nieopodal. Jednak tutaj nie kończy się owa historia. Z drzewa poderwał się samiec dzięcioła zielonosiwego, którego do tej pory nie obserwowaliśmy. Dzięcioł zielony zaatakował drugiego samca i odpędził od samicy. 

Dziwną parę, czy raczej trójkąt dzięciołów wybrałem się jeszcze kilka razy obserwować. Niestety bez skutków. Dzięcioły hybryd i zielonosiwy odleciały i więcej się nie pojawiły. Jednak z dzięciołem zielonym miałem jeszcze jedną przygodę...

Mglisty wiosenny ranek nie zapowiadał się najlepiej ale przemogłem się, wstałem rano i poszedłem skoro świt, na rutynową już kontrolę Górki Kortowskiej. Liczyłem na to, że dzięcioły może się jeszcze pojawią i nie zawiodłem się. Wychodząc na górkę usłyszałem gwizd dzięcioła zielonego. Jednak tu zostałem złapany w dwa ognie. Gwizd ten przeplatał się z rwetesem robionym przez stado przelotnych droździków. Postanowiłem zostawić na chwilę dzięcioła i ruszyć za stadem. Zły wybór. Ptaki płochliwe, nie dały się podejść, co dopiero sfotografować. Po jakimś kwadransie doszedłem do wniosku, że to jest bez sensu i w tym momencie, znacznie bliżej niż poprzednio odezwał się dzięcioł. Zaczęliśmy zwyczajową pogawędkę, ja trochę nieudolnie pogwizdując, on niczym mistrz pouczający amatora z werwą i siłą. Spotkałem go nieopodal i znowu na ziemi, bo dzięcioły zielone na ziemi spędzają nad podziw wiele czasu w poszukiwaniu swojego pokarmu - mrówek. czołgałem się cierpliwie w jego stronę. Za każdym razem gdy on zanurzał głowę w ziemi ja podpełzałem kawałek bliżej. Dzięcioł jednak miał inne plany. Po chwili zmienił miejsce, a potem odfrunął do olszynowego zagajnika. (Gdyby nie ten badyl...)

 

Szukałem jeszcze dzięciołów zielonosiwych. Niestety bez skutku...

niedziela, 2 października 2016

Niby mały, a się nie boi!

Wraz z Europejskim Dniem Ptaków 2016, czyli 2 października, postanowiłem powrócić do pisania bloga. Jesienią powraca w człowieku potrzeba chodzenia po lesie w poszukiwaniu choćby małych cudów takich jak ten.

Cała historia wydarzyła się podczas wycieczki do lasu. Jak to zwykle bywa plany można mieć, ale zazwyczaj ptaki nie za wiele sobie z nich robią. Tak więc miała to być ambitna wyprawa w leśne ostępy, a skończyło się na wgapianiu w niebo i zarośla poręby niedaleko domu.

Zaczęło się od sójkowych skrzeków. Wtórowały im kwiczoły co tworzyło atmosferę krzątaniny i zawieruchy w całym młodniku. Najpierw próbowałem je namierzyć. Jednak z sójek wypatrzyłem tylko poruszające się liście dębu, a z kwiczołów tylko łopoczące skrzydła i ptasie ogony. Nic innego nie pozostało jak ruszyć dalej. Wystarczyło jednak postawić kilka kroków, a tu smyr i na boczną gałązkę. Sięgnąłem szybko po aparat i odruchowo zacząłem strzelać, oczywiście zdjęcia. Na szczęście delikwent nie zbierał się do ucieczki. Mysikrólik skakał z jednej gałązki na drugą, na wyciągnięcie ręki. Na chwilę przysiadł, zastanowił się, spojrzał głęboko w obiektyw i zajął się dalej żerowaniem. Pech w tym, że światło nie najlepsze, ciemny młodnik wieczorem był juz w większości w cieniu.


 Mysikrólik jest najmniejszym ptakiem europejskim i zadziwiające jest to, że na zdjęciach tego nie widać. Ugania się za najmniejszymi muszkami i pająkami. Ten maluch nawet zimą musi wyszukać sobie pokarm, wydłubywany ze szczelin w korze. Głównie to jest szarawy, taki oliwkowy. Jego jaskrawa, żółta czapeczka nadaje mu zawadiacki wyraz. Taki też jest mysikrólik, szybki, mały, zwinny i... odważny.

niedziela, 26 czerwca 2016

Zmiany

Nie zapowiadało się, że będzie dużo owoców. Na wiosnę powiedziałem, że trudno, nic na to nie poradzę. Później jednak okazało się, że czereśnia nie zawiodła, wbrew wszystkim pesymistom. Zaczęły się przygotowania.
Ptaki jednak nie przyleciały tłumnie na pierwsze czerwieniejące się owoce. Nieśmiało i pojedynczo, jak najciszej przemykały pierwsze skrzydlate istoty. Ja jednak byłem cierpliwy, bo wiedziałem, co się stało w zeszłym roku. Zresztą w poprzednim czerwcu też opisywałem to na blogu.
Jednak czekało mnie sporo niespodzianek, zarówno dobrych jak i tych nie najlepszych.
Pierwsze pojawiły się sójki, już po kilku dniach przylatywały całymi rodzinami. Przestały się także krępować i w najlepsze skrzeczały, piszczały i kwiczały- po sójkowemu. Niektórzy tę muzykę nie za bardzo lubią, ja jednak słyszę w niej tę leśną nutę, nutę obecności lasu w naszym życiu. Zwłaszcza że sójka zaczyna przejmować kolejne tereny, gniazduje już w niektórych miejskich parkach i w miastach można ją spotkać coraz częściej.



Niemałym zaskoczeniem był nowy gość na czereśni. Grzywacz- największy polski gołąb, z zamiłowaniem zajadał się owocami każdego ranka. Kiedy czatowałem z aparatem, zazwyczaj słyszałem tylko łopot skrzydeł. Niestety ptak zazwyczaj siadał w takim miejscu, że nie dawałem rady go uchwycić. Sfotografowałem jednak ten gatunek, gdy pewnego dnia para rozważała, czy by nie nocować na owocującym drzewie. Ktoś musiał je jednak wypłoszyć, bo późnym wieczorem odleciały.


Szpaki i kwiczoły nie dopisały. Te pierwsze w ogóle się nie pojawiły, a z kwiczołowych kolonii przylatywały tylko pojedyncze młodziki. Taka kolonia znajdowała się gdzieś na skraju lasu, jednak trochę dalej, że słyszałem tylko śmiech tych ptaków. Pewnego ranka jeden zdecydował się i usiadł tuż przed moją czatownią. Znalazł stołówkę na kilka dni. To dobrze, niech się pożywi, bo większość młodych kwiczołów, przez pierwsze kilka tygodni samodzielnego życia głoduje. Pasy głodowe na piórach są bardzo często dostrzegalne u młodych osobników, w formie wąskich ciemniejszych linii.


Częste były także dzięcioły, pojawiła się jeszcze ptasia drobnica, ale w tym roku zawiodła wilga. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni, bo owoce nie zniknęły jeszcze do szczętu.

czwartek, 9 czerwca 2016

Dzień drapieżnika

Szybują nad nami, krążą w kominach ciepłego powietrza. Czasem nisko, lecz zazwyczaj wysoko. To one nauczyły mnie patrzeć w górę, bo człowiek czasami pozostaje za blisko ziemi. Każdy przecież ma możliwość uniesienia się myślami ponad obłoki, tak jak majestatyczne orły, myszołowy czy inne drapole.
Zacznijmy od początku czyli od Półwyspu Kusnort. Miałem tam okazję spotkać się z ptakiem, który Polakom towarzyszył i towarzyszy nadal. W godle. Bielik pojawił się zapowiedziany kruczym głosem. Wielki i majestatyczny. Ptak wznosił się na swoich deskowatych skrzydłach. Korzystał z ciepłego prądu.


Bielik wcale nie jest orłem. Jest orłanem. Dla niektórych może być to szczegół, ale zawsze warto wiedzieć. Prawdziwym orłem natomiast jest orzeł przedni lub orlik krzykliwy. Pomimo że nie jest orłem jest uznawany za ptaka z polskiego godła. Dlaczego? Bo jest największy i najbardziej majestatyczny. Niesamowita jest długowieczność tych ptaków. Na wolności mogą dożyć 30 lat. Wiek można z powodzeniem mniej więcej określić. Ogon przybiera barwę śnieżnobiałą w roku mniej więcej 4, a głowa jaśnieje w 8-10.


Zatem jedziemy dalej. Z Mikołajek pojechałem do Piecek. Tam, nad rozlewiskiem czekała mnie jeszcze większa niespodzianka. Wśród hałaśliwych mew śmieszek latał autentyczny rybołów. Jest to drugi osobnik, którego zaobserwowałem w moim życiu. Tak, nie jest to ptak należący do pospolitych. W kraju populację szacuje się na 30-35 par lęgowych. Stąd niesamowita ekscytacja wywołana spotkaniem. Towarzyszył mi z dobrą godzinę, bo tyle czasu miałem do dyspozycji. Co chwila pojawiał się znowu, tak że mogłem się napatrzeć do woli.


Rybołów jak nazwa wskazuje poluje na ryby, dość oczywiste. Zawisa w powietrzu i pikuje z wyciągniętymi w dół szponami. Potem tylko trach i albo ma, albo akcję trzeba powtórzyć.


To był dobry dzień, przyznaję.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Polny rzezimieszek

Przemyka śródpolnymi krzewami i wylatuje na otwartą przestrzeń dopadając niczego niespodziewającą się ofiarę. Czarna maska przysłania jego oblicze, a mocny dziób pozwala dobrać się do żeru szybko i skutecznie. Z opisu można by stwierdzić, że to jakieś wielkie złowieszcze ptaszysko, a to tylko mały, wielkości wróbla gąsiorek.




Gąsiorek należy do rodziny dzierzb, jest najczęstszym jej przedstawicielem. Idąc śródpolną aleją lub drogą, mamy duże prawdopodobieństwo spotkania tego ptaka. Najbardziej intrygującą rzeczą jest to, że upolowane ofiary chowa do swoich spiżarń. Spiżarnią jest ciernisty krzew, ptak bowiem nabija swoje ofiary na kolce i zjada zdobycz później. W takich miejscach można znaleźć najczęściej duże owady, ale czasem przy odrobinie szczęścia można znaleźć mysz lub jaszczurkę. Pomimo że mały, to nieustraszony i nic się przed nim nie ukryje. Dla swoich ofiar na pewno jest niebezpieczny niczym bandyta!

czwartek, 19 maja 2016

Wieczorową porą

Wielu z nas ma okazję przyglądać się dziennym artystom. Nawet w mieście czasami zobaczymy śpiewającego na dachu domu kopciuszka, albo gdzieś w podwórkowych krzewach kosa. Cóż dopiero mówić o lesie, gdzie śpiewających jest multum. Jednak nie wszystko co ciekawe milknie wraz z zajściem ostatnich promieni słonecznych.
 Połowa maja.
 Dolatują ostatni spóźnialscy, lęgowa krajowa awifauna jest już prawie w komplecie.
Wieczór, skraj trzcinowiska.


Słyszymy jednostajny terkot, brzęczenie niby to owada, niby mechanizmu. Jednak okazuje się to być ptakiem i to nie byle jakim. Ptakiem, który od zmierzchu do świtu nie będzie zamykał dzioba, bo brzęczka, a tak właśnie się, ów artysta nazywa, brzęczy z dziobem nieustannie rozwartym.
Drugi artysta. Ni to kos, ni mazurek, trochę tak, trochę siak. Tu wplecie piosenkę jednego ptaka, tu drugiego, a wszystko w nieustannym pośpiechu i nieładzie. To łozówka, też będzie śpiewała do późnych godzin nocnych, bez wytchnienia.
Ostatnie promienie słoneczne.


Nagle z góry beczą barany. Ale jak to, owce przecież nie latają! Ten ptasi kaskader zaskakuje najbardziej, bo swoją piosenkę, wykonaną podczas pikowania na złamanie karku, nie wydobywa z dzioba, ale z... ogona. Skrajne sztywne sterówki bekasa kszyka, wibrują pod wpływem napierającego powietrza, wydając odgłos beczenia.
Z zarośli obok coś kwiczy. Świnie, dziki? Nie, to skryty wodnik, który swoją przecudną pieśń wykonuje z gęstych krzaków. Ten spokrewniony z żurawiami średniej wielkości ptak, na pewno nie odziedziczył po nich pięknego głosu. A może tylko ochrypł?
Zmierzcha, już tylko na niebie widać jaśniejsze odcienie.


Nagle na tym niebie dostrzegamy mały czarny punkt. Kolejny nietoperz? Nie, wydaje jakieś dziwne piski, za głośne na nietoperza. Śmignął tylko i zatoczył koło wokół zrębu obok trzcinowiska. To słonka, jak kszyk należąca do rodziny bekasowatych. Samiec każdego wieczoru kilkakrotnie oblatuje swoje terytorium w lotach zwanych przez myśliwych ciągami. Te ciągnące coocker'y były zestrzeliwane przez myśliwych, a spaniele myśliwym je przynosiły.
Koniec, ciemność.
Nie, ciemność to dopiero początek. Z pobliskiej poręby dobiega osobliwy warkot, w powietrzu słychać donośne pohukiwanie, a w pobliskich trawach słychać trochę za głośnego świerszcza...
Ale o tym opowiem innym razem.